Jan
Dobraczyński, Truciciele
Tę książkę
posiadam od bardzo dawna. Razem ze mną opuściła dom moich rodziców, a od tego
czasu minęło już kilka dobrych lat. Taszczyłam ją ze sobą od jednego mieszkania
do drugiego. Czytając Upadek człowieka pod
Dworcem Centralnym Pilcha przypomniałam sobie o niej.
Przeczytałam.
To niesamowite, że powieść napisana w 1973 roku jest tak bardzo aktualna dziś.
Mimo, że Dobraczyński porusza w niej bardzo trudne tematy, to jednak czyta się
ją bez lekko i płynnie.
Andrzej, główny bohater, który po wielu przygodach
znalazł azyl w Norwegii u boku kobiety, która go kocha, otrzymuje list od przyjaciela z przeszłości, z
którym od lat nie miał żadnego kontaktu. Helle, bo tak ma na imię kobieta,
która zapewniła Andrzejowi spokój i harmonię, kocha go miłością wspaniałą, bo niewymuszoną i jednocześnie nie
oczekującą niczego w zamian. Nie wiem, czy potrafiłabym tak kochać. To miłość z
przyzwoleniem na odejście, kiedy kochana przez nas osoba będzie tego chciała
czy potrzebowała z zapewnieniem, ze zawsze może wrócić. Andrzej – pisarz.
Jerzy, jego przyjaciel z przeszłości – bogaty człowiek interesu. Wzywa do
siebie Andrzeja (do Bergamo) będąc świadomym, że niedługo przegra walkę z chorobą. Ma do niego nietypową prośbę. Chciałby,
aby Andrzej zaopiekował się jego dorastającą córką. Ten z kolei nie chcąc brać
na siebie takiej odpowiedzialności nie chce obiecać przyjacielowi, że spełni
jego życzenie.
Jednak wsiada do samolotu lecącego do Rzymu i ... samolot
zostaje porwany. Jedną z porywaczy okazuje się Teresa. Młoda dziewczyna, do
której właśnie leciał Andrzej.
Dobraczyński opisując dalsze przygody bohaterów
zwraca uwagę na ważne problemy, z
którymi borykamy się cały czas. Żądza władzy. Żądza pieniędzy, bo bez nich nie
władzy. Bunt młodych przeciwko starym. Buntujący się, którzy czasem nawet nie
wiedzą przeciw czemu czy przeciw komu występują. Terroryzm. Zatruwanie
środowiska. Niszczenie planety dla zysku. Czytając tę książkę mamy w Europie kryzys migracyjny. Migruje obca nam kultura – wyznawcy islamu. Zastanowiły
mnie przeczytane w Trucicielach słowa
jednej z bohaterek, katolickiej siostry zakonnej, przełożonej placówki na
Saharze w Algierii: Jesteśmy tutaj, by pomagać ludziom, i ludzie w okolicy
wiedzą o tym. Tu zresztą domy otwarte są dla gości i potrzebujących. Taki jest
tutejszy, muzułmański zwyczaj, który usiłujemy naśladować. Od islamu możemy się
wiele nauczyć.

Komentarze
Prześlij komentarz